Dzisiejsza wyprawa od samego początku zapowiadała się na jedno z tych wyjść, które zapamiętamy na długo – wszystko za sprawą sporych roszad w naszym dotychczasowym składzie. Po tym, jak Jacob oficjalnie opuścił ekipę, trzon grupy stanowiliśmy ja oraz Adam. Tym razem nasza kolumna była jednak znacznie liczniejsza niż zazwyczaj. Na ten wyjazd zabraliśmy kandydatki na wolne miejsce w składzie – Ulę i Darię – które chciały sprawdzić się w terenie. Towarzyszyli nam również Kasia, Tadeusz oraz Mirek, tworząc wspólnie naprawdę solidną grupę wsparcia. Naszym głównym celem był zapomniany, niszczejący folwark położony na Opolszczyźnie.
Droga, która nie chciała nas przepuścić
Już sam dojazd na miejsce zwiastował, że nie będzie łatwo. Droga do osady okazała się wyjątkowo uciążliwa i nieprzyjemna. Jechaliśmy wąską, polną ścieżką pełną głębokich dziur i nierówności, co wymagało od nas ogromnej ostrożności. Każdy metr pokonywaliśmy powoli, skupiając się na tym, by samochód w ogóle dotarł pod wskazany adres w jednym kawałku i nie utknął gdzieś pośrodku niczego.

Pierwsze spojrzenie na opuszczone gospodarstwo
Gdy w końcu dotarliśmy do celu, naszym oczom ukazała się panorama starego gospodarstwa. Na miejscu znajdowały się dwa potężne budynki gospodarcze – te same pomieszczenia, w których dawniej trzymano bydło – oraz dwa domy jednorodzinne. Całość sprawiała wrażenie całkowicie odciętej od cywilizacji i opuszczonej przed wieloma laty.
Na ten konkretny dzień zaplanowaliśmy dokładną eksplorację jednego z tych domów. Jednak nawet samo dojście do niego okazało się wyzwaniem niemal tak dużym, jak wcześniejszy dojazd do osady. Teren wokół budynku był niesamowicie zarośnięty gęstymi krzakami i dziką roślinnością, która zdawała się robić wszystko, by ukryć dom przed intruzami. Po dłuższej chwili walki z zaroślami stanęliśmy przed wejściem – a właściwie przed wybitym oknem, przez które ostatecznie całą grupą przekroczyliśmy próg tego miejsca
Klimat, który mówi sam za siebie
Zanim przeszliśmy do konkretów, zaczęliśmy od klasycznej eksploracji. Na początku nie prowadziliśmy żadnych badań – zależało nam na tym, by po prostu obejrzeć wszystkie pomieszczenia, sprawdzić ich stan i poczuć klimat budynku przed rozpoczęciem sesji paranormalnej. Dom był pełen pamiątek po dawnych mieszkańcach, ale niektóre rzeczy budziły szczególny niepokój.
W jednym z pokoi natrafiliśmy na stosy starych gazet oraz zakurzone kasety VHS, z których okładek biły po oczach tytuły kultowych horrorów. Prawdziwy dreszcz przeszedł nas jednak dopiero po wejściu na piętro. W jednym z pomieszczeń na górze znaleźliśmy mapę z wycinkami z gazet – były to bardzo makabryczne zdjęcia przedstawiające ofiary i miejsca różnych wypadków. Widok tych drastycznych fotografii w połączeniu z grobową ciszą opuszczonego domu sprawił, że atmosfera stała się wyjątkowo ciężka.


Sesja paranormalna – sprzęt reaguje
W końcu przyszedł czas na właściwe badanie paranormalne, które postanowiliśmy przeprowadzić właśnie tam – w pokoju z makabrycznymi zdjęciami. Gdy tylko uruchomiliśmy nasz sprzęt, nie musieliśmy długo czekać na reakcję. Już na samym początku sesji przez Spirit Boxa, czyli naszą tubę, przebiło się bardzo wyraźne słowo: „energia”. Ledwo zdążyliśmy to zarejestrować, gdy wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego – nasza K2 nagle zaczęła gwałtownie mrugać. Diody urządzenia zaświeciły się aż do połowy skali, co było jasnym sygnałem, że coś niewidzialnego znajduje się w naszej bezpośredniej bliskości.


„Do widzenia” – byt, który nie chce gości
Z czasem zauważyliśmy, że intensywna aktywność na górze nie była stała. Pojawiały się dziwne skoki – raz energia była bardzo wysoka i domniemany byt konkretnie odpowiadał na nasze pytania, by po chwili wszystko nagle się uspokajało. Wyglądało to tak, jakby ta siła co chwilę od nas uciekała. Kolejny dowód na to, że coś tam z nami przebywa, otrzymaliśmy po zejściu na dół.
W jednym z pomieszczeń, które prawdopodobnie służyło dawniej za kuchnię, nasz Rem-Pod nagle zaczął głośno hałasować i dawać silne odczyty. Co najciekawsze, działo się to tylko w momentach, gdy zachowywaliśmy dystans. Gdy tylko próbowaliśmy podejść bliżej, by sprawdzić, co wywołuje reakcję urządzenia, wszystko natychmiast cichło. Odnieśliśmy wrażenie, że to miejsce po prostu nas tam nie chce – co potwierdziły komunikaty przebijające się przez szum. Parokrotnie usłyszeliśmy bowiem wyraźne: „Do widzenia”.

Podsumowanie i debiut Uli i Darii
Im dłużej przebywaliśmy w środku, tym bardziej energia słabła, aż w końcu podjęliśmy decyzję o zakończeniu nagrań. Uznaliśmy jednak, że wrócimy tam jeszcze raz – ale w mniejszym składzie. Doszliśmy do wniosku, że być może tak duża liczba osób naraz – aż siedem w jednym domu – mogła być dla bytów zbyt przytłaczająca i energia po prostu bała się takiej grupy. Na koniec warto wspomnieć o debiucie naszych kandydatek. Ula i Daria bardzo dobrze odnalazły się na kanale. Przez całą wyprawę były odważne, opanowane i doskonale wiedziały, co robić – nawet w najbardziej napiętych momentach. To był mocny początek ich przygody z nami.
ZOBACZ WIĘCEJ MIEJSC
Kliknij i sprawdź, jakie miejsca ostatnio odwiedziliśmy.


